Przejdź do głównej zawartości

Posty

Refleksje po psychiatryku

To nie będzie optymistyczna notka, więc jeżeli ktoś jest w wyjątkowo podłym nastroju radziłabym mu ominąć ten wpis.

Podstawowe pytanie, które słyszę od zdesperowanych osób będących w stanie depresyjno-warzywno-otępiennym i rozważających pobyt w psychiatryku, brzmi: Czy faktycznie to mi pomoże?
I tak, i nie.
Każdy człowiek jest inny. Coś, co pomoże jednemu - zaszkodzi drugiemu i odwrotnie. To chyba nie jest jakieś szczególne odkrycie, ale uważam że warto to podkreślić przy tym wpisie.
Mogę tylko podzielić się moimi refleksjami, które pojawiły się we mnie podczas pobytu w szpitalu i zdecydowanie nie uważam ich za prawdę objawioną. 
Psychiatryki działają jak przechowalnie. Pomagają przetrwać czas kryzysu egzystencjalnego. Ktoś się Tobą zajmie - da żreć, da ciepłe łóżko, spokój i czasami zastrzyk z relanium w dupę. Oczywiście, dotyczy to "dobrych" szpitali, gdzie trafiają lżejsze przypadki. W innych miejscach potrafi być o wiele, wiele gorzej. Niestety, to wszystko. Psychopuszki…
Najnowsze posty

Nosi mnie.

Od paru dni chodzę wkurwiona.
Główną przyczyną tego stanu jest terapia, na której ostatnio byłam i nowe wieści z psychopuszki od znajomych. Terapeuta próbował sprawić, bym "wyszła z siebie", próbowała spojrzeć na swoją osobę z innej perspektywy. W praktyce wyglądało to tak, że miałam stanąć obok  krzesła i wyobrazić sobie siebie siedzącą na nim. Czułam się głupio i kompletnie nie potrafiłam wczuć. Gdzie ich uczą takich technik? Na weekendowych kursach "nowy rok - nowy ty"? Durnoza. Jedynym efektem tych ćwiczeń była moja pikująca w dół samoocena. No bo niby się staram... i nic. Tego samego dnia wieczorem poszłam do Lewiatana. Nie wiem po ki chuj, ale drzwi od magazynu miały lustro weneckie. Przejrzałam się w nim, zobaczyłam swoje krzywe nóżki i jak mi się kurwa zachciało chlać... Kupiłam sobie cytrynówkę, obaliłam sama w wieczór i zaczęłam żreć na potęgę. Aktualnie trzeci dzień nie jem, bo mam już wszystkiego dosyć.
Ostatnio na urodziny dostałam album ze zdjęciami o…

Sex, drugs and rock and roll

czyli celibat, piwo bezalkoholowe i sałatka zamówiona w McDonaldzie.

Byłam ostatnio ze starymi znajomymi na piwie i plotach w studenckim klubie. Dawno się wszyscy nie widzieliśmy, dlatego każdy miał wiele historii do opowiedzenia. Nie udawałam przed mordkami, że byłam w psychiatryku.
O dziwo, jakoś ich to zbytnio nie zaskoczyło xD.
A tak poważnie - serio, podeszli do tego bardzo ludzki sposób. Nikt nie stroił sobie głupich żartów, ani nie uznał, że jestem "nienormalna" skoro na drodze życia zahaczyłam o psychopuszkę. Ogólnie, wzbudziłam tym tym faktem raczej współczucie, ale i... ciekawość.  Ludzie mają naprawdę wiele pytań dotyczących tego "jak to jest w psychiatryku?". Minie barmana, który usłyszał, że chce zamówić bezalkoholowe piwo w studenckim klubie (które nawiasem jest zdecydowanie droższe od zwykłego i jak to bezalkol - smakuje jak oranżada ;_;) chciałabym zrobić zdjęcie, oprawić w ramkę i powiesić u siebie w pokoju. Takiego zaskoczenia dawno nie widziałam.…

Co słyszą osoby chore na depresję i jak chciałyby to skomentować, ale nie mogą, bo są zbyt kulturalne...

Na szczęście mają Killjoy.

Notka będzie po części humorystyczna, a po części podszyta jadem.

Dla uprzedzenia komentarzy — nie każdy czytelnik musi się z nią zgadzać i/lub utożsamiać.

A próbowałaś brać na to magnez? Może to od niedoborów?
Naprawdę sądzisz, że depresję spowodowaną traumami da się wyleczyć magnezem? Czy uważasz, że osoby maltretowane psychicznie i fizycznie powinny tylko odwiedzić aptekę, kupić suplement  i w ten sposób cudownie ozdrowieć?

A może meliski?

Mam pomysł. Weź torebkę melisy, wsadź ją sobie do ust i zalej wrzątkiem. Zdaj relację, czy się odprężyłeś.

Uśmiechnij się! Życie jest piękne!
Łatwo to zauważyć, gdy choroba psychiczna sprawia, że żyjesz w poczuciu nieustannego koszmaru, który nie chce się skończyć.

Inni mają gorzej...
Rzeczywiście, nic nie budzi mojej radości bardziej, niż fakt, że nie wynaleziono lekarstwa na raka, a w krajach Trzeciego Świata panuje głód. No, a somsiadowi pierdolonemu piecyk wyjebało! Koleżance ojciec umarł! Mam przed domem rozjechanego psa! Hi…

Życie o człowieka upomina się e-mailowo

Otworzyłam ostatnio swoją skrzynkę e-mailową. Upomina się o mnie dziekanat, kurs angielskiego, szkoła charakteryzacji. Poza tym, coś jest nie tak z moim telefonem. Podobno ciągle włącza się poczta głosowa... Cóż, wsadzenie komórki do ryżu po tym, gdy utopiło się ją w pijackim zwidzie widocznie nie pomaga na wszystkie problemy techniczne. Wracając do pijackich zwidów. Ostatnio, moim głównym zajęciem jest chlanie. Dostaje nawet dziwnych schiz na kacu. Na przykład wydaje mi się, że wszystko mnie swędzi. Głównie w zagięciach ciała, ale nie od zewnątrz - jakby ktoś cię drapał, tylko od wewnątrz. Dziwne uczucie. Eksperymentuje z lekami, które biorę. Bez "usypiajek" - czyli leków nasennych nie potrafię już usnąć. Ostatni rekord - 48 godzin. Oczywiście, schlałam się i dopiero wtedy padłam. Zupełnie jakby ktoś włączył we mnie jakiś guzik. Nie potrafię sama się "wyłączyć". Zanim rozpoczęłam największe ekscesy z chlaniem byłam u lekarza. Ekhem... Opowiadałam Wam już o tym, że…

Poranne zorze, poranne zorze, gdy idę w Sopocie nad morzem...

O 4.40 obudził mnie dzwonek w komórce.
- Czas zbierać się do lekarza - pomyślałam patrząc w sufit.
Po czym, stwierdziłam że w sumie to pierdolę tę przychodnię,  pierdolę babki z rejestracji, które nigdy nie odbierają telefonów,  pierdolę mróz i zimę za oknem, pierdolę kaca poprochowego i kapcia w gębie sponsorowanego przez te same leki, pierdolę psychiatryk, który już dawno powinien przesłać mi wyniki badań i  tym samym uniemożliwić mi zbieranie się o 4 nad ranem na TAKIE SAME BADANIA.
pierdolę mój poziom litu we krwi.  Pierdolę moje nerki i tarczycę.  Szczerze pierdolę mój chad, srad, czad i inne skróty, które mnie dotyczą w psychiatrii Ostatecznie, doszłam do konkluzji: "Kurwa, najwyżej umrę"
następnie, przewróciłam się na drugi bok i zasnęłam jak dziecko.


Problem ze znajomymi i przyjaciółmi polega na tym, że trzeba mieć na nich siły.

Odcinam się.
Od wszystkich.
I od wszystkiego.

Ludzie piszą do mnie na facebooku, by sprawdzić, czy żyję. Ze dwie osoby nawet zadzwoniły...
Problem ze znajomymi i przyjaciółmi polega na tym, że trzeba mieć na nich siły. Ja, w każdym razie, nie umiem tylko nieustannie brać i brać, zarzucać swoimi problemami. A ludzie jak to ludzie. Każdy dźwiga swój syf i  czasami potrzebuje w tym wsparcia.
Nie mam na to ochoty.
Po prostu.
Zwyczajnie.
Wolę, w takiej sytuacji, zwinąć się w kłębek i przeczekać ten najgorszy okres. W sumie to trochę śmieszne, bo istnieje jedna osoba, z którą chciałabym,  w tej chwili, pogadać, ale z kolei ona ma mnie w dupie. Wszystko w naturze dąży, jak widać, do idealnej harmonii.
Przesiaduję trochę dłużej niż zwykle przed lapkiem, jem za czworo, kładę się o 2 nad ranem. Zapominam o prochach.
Chcę tylko spokoju i ciszy.
Oczywiście, nie pomagają mi w tym sąsiadki. Jedna z nich jest szczególnie hałaśliwa, a ściany są strasznie cienkie. Dziewczyna drze się dosłownie jak ora…